Przyznać musiała Staśkowi, że się starał. Załatwił im mieszkanie, kupował książki i nawet niektóre przeczytał. Porządnie się ubierał, w koszule i marynarki, nie do pracy oczywiście, ale jak wracał z zakładu, od razu pędził do łazienki, żeby zrzucić z siebie robotnicze ciuchy, zmyć zapach potu i smarów. Robił wszystko, żeby stać się takim zięciem, jakiego oczekiwali jej rodzice. Nigdy mu się to nie udało. Zaciskał zęby i dalej próbował zmienić się z prostego robotnika w warszawskiego dżentelmena. Tylko o wódce jakoś nie zapominał. Takie były czasy, myślała teraz Aniela, taka praca. Wszyscy pili, to Stasiek też. Nie chciał odstawać, tyle że i niespecjalnie się przed tym bronił. Potem emerytura, rozstał się z kumplami z roboty, ale już nie z alkoholem i papierosami. Aniela uśmiechnęła się smutno, kiedy przypomniała sobie, jak go sąsiadki wychwalały. Że taki spokojny, grzeczny, zadbany, zawsze ogolony i wyperfumowany. Nigdy im nie przyszło do głowy, że zużywał tyle wody kolońskiej, żeby zamaskować woń wódki. Aż pewnego dnia po prostu się skończył.