Początkowo próbowała. Pisała listy, dzwoniła, chciała wyjaśniać, ale machina ruszyła i ona sama nawet nie wiedziała kiedy. Po prostu jednego dnia miała mieszkanie, wspomnienia i skromną emeryturę, a następnego dowiedziała się, że jest już właściwie bezdomna.
Kiedy się złamała? Chyba tamtego dnia, gdy przyszli do niej do domu. Zamknęła wtedy drzwi na wszystkie zamki, założyła łańcuch, a potem z komórką w dłoni siadła na krześle w przedpokoju i czekała, żeby nagrać, jak się włamują.
– Mam was! – krzyknęła tryumfalnie, kiedy wreszcie pokonali zamki i drzwi stanęły otworem.
Po drugiej stronie ujrzała zdumionego ślusarza w granatowym roboczym ubraniu i młodego człowieka w garniturze. Przedstawił się jako komornik, a potem wyjął z teczki jakieś dokumenty i powoli tłumaczył ich treść. Kręciło jej się w głowie i nie potrafiła oderwać wzroku od dwóch młodych policjantów, którzy przypatrywali się temu wszystkiemu ze znudzonymi minami. Jeden z nich żuł gumę. Nic z tego nie rozumiała. To byli przecież stróże prawa. Powinni jej bronić, a nie pomagać we włamaniu.