Zwykła przyzwoitość
Wojciech Chmielarz — Kryminalne i sensacyjne

Po­cząt­kowo pró­bo­wała. Pi­sała li­sty, dzwo­niła, chciała wy­ja­śniać, ale ma­china ru­szyła i ona sama na­wet nie wie­działa kiedy. Po pro­stu jed­nego dnia miała miesz­ka­nie, wspo­mnie­nia i skromną eme­ry­turę, a na­stęp­nego do­wie­działa się, że jest już wła­ści­wie bez­domna.

Kiedy się zła­mała? Chyba tam­tego dnia, gdy przy­szli do niej do domu. Za­mknęła wtedy drzwi na wszyst­kie zamki, za­ło­żyła łań­cuch, a po­tem z ko­mórką w dłoni sia­dła na krze­śle w przed­po­koju i cze­kała, żeby na­grać, jak się wła­mują.

– Mam was! – krzyk­nęła try­um­fal­nie, kiedy wresz­cie po­ko­nali zamki i drzwi sta­nęły otwo­rem.

Po dru­giej stro­nie uj­rzała zdu­mio­nego ślu­sa­rza w gra­na­to­wym ro­bo­czym ubra­niu i mło­dego czło­wieka w gar­ni­tu­rze. Przed­sta­wił się jako ko­mor­nik, a po­tem wy­jął z teczki ja­kieś do­ku­menty i po­woli tłu­ma­czył ich treść. Krę­ciło jej się w gło­wie i nie po­tra­fiła ode­rwać wzroku od dwóch mło­dych po­li­cjan­tów, któ­rzy przy­pa­try­wali się temu wszyst­kiemu ze znu­dzo­nymi mi­nami. Je­den z nich żuł gumę. Nic z tego nie ro­zu­miała. To byli prze­cież stróże prawa. Po­winni jej bro­nić, a nie po­ma­gać we wła­ma­niu.