1
Dlaczego tak na mnie spojrzałeś,
Dlaczego oddech wstrzymałeś?
Odtąd po wieki wieków, cokolwiek by się działo,
Nigdy nie będzie tak, jakby to się nie stało.
Ze wszystkich par siedzących w ten czwartkowy wieczór w barze Rivoli w Ritzu para, która bawiła się najlepiej, w rzeczywistości wcale nie była parą.
Cormoran Strike i Robin Ellacott, prywatni detektywi i zarazem wspólnicy uważający się za najlepszych przyjaciół, świętowali trzydzieste urodziny Robin. Tuż po przybyciu do baru, który przypominał szkatułkę na biżuterię w stylu art déco, ze ścianami z ciemnego drewna i złota dopełnionymi matowym szkłem Lalique, obydwoje byli nieco skrępowani, ponieważ każde z nich miało świadomość, że w ich blisko pięcioletniej znajomości to wyjście jest czymś szczególnym. Pierwszy raz postanowili spędzić wieczór w swoim towarzystwie poza pracą, bez innych przyjaciół czy kolegów z agencji oraz bez pretekstu w postaci obrażeń odniesionych przez jedno z nich (kilka tygodni wcześniej Strike niechcący zafundował Robin dwa lima i w ramach rekompensaty postawił jej curry na wynos).
Jeszcze bardziej niezwykłe było to, że obydwoje się wyspali i mogli się zaprezentować w najlepszym wydaniu. Robin miała obcisłą niebieską sukienkę, jasnorude włosy świeżo umyte i rozpuszczone. Strike zauważył pełne uznania spojrzenia męskiej części klienteli, które przyciągała jego wspólniczka. Pochwalił już opal leżący w zagłębieniu u podstawy jej szyi – prezent od rodziców na trzydzieste urodziny. Maleńkie brylanciki wokół kamienia tworzyły w złotym świetle baru połyskliwą aureolę i ilekroć Robin się poruszała, w opalowych głębinach migotały iskierki szkarłatnego ognia.
Strike miał na sobie swój ulubiony włoski garnitur, a do niego białą koszulę i ciemny krawat. Gdy zgolił zapuszczoną niedawno brodę, wzrosło jego podobieństwo do Beethovena ze złamanym nosem i lekką nadwagą, lecz ciepły uśmiech kelnerki podającej mu pierwszą szklaneczkę old fashioned przypomniał Robin o tym, co powiedziała kiedyś o detektywie Sarah Shadlock, nowa żona jej byłego męża: „Na swój dziwny sposób jest atrakcyjny, prawda? Trochę poturbowany, ale mnie takie rzeczy nigdy nie przeszkadzały”.
Ależ z niej była kłamczucha: Sarah lubiła gładkich przystojniaków, czego dowodziło jej nieustanne i ostatecznie zwieńczone sukcesem polowanie na Matthew.
Siedząc naprzeciw siebie na krzesłach z obiciem w panterkę przy stoliku dla dwojga, Strike i Robin początkowo przykryli swoje lekkie zakłopotanie rozmową o pracy. Dyskusja o sprawach prowadzonych aktualnie przez agencję detektywistyczną ułatwiła im dotarcie do końca pierwszej kolejki, a potem ich coraz głośniejszy śmiech zaczął przyciągać spojrzenia zarówno barmanów, jak i klientów baru. Wkrótce oczy Robin błyszczały, a jej twarz lekko się zarumieniła. Także Strike, znacznie postawniejszy niż jego partnerka i potrafiący sporo wypić, przyjął wystarczająco dużo burbona, by poczuć przyjemną lekkość i odprężenie.
Przy drugiej kolejce rozmowa zeszła na bardziej osobiste tematy. Strike, będący nieślubnym synem sławnego rockmana, z którym spotkał się tylko dwa razy, powiedział Robin, że Prudence, jedna z jego przyrodnich sióstr, chce się z nim zobaczyć.
– Która to? – spytała Robin. Wiedziała, że ojciec Strike’a był trzykrotnie żonaty oraz że jej wspólnik jest owocem jednorazowej przygody z kobietą, którą prasa opisywała najczęściej jako supergroupie, lecz miała mgliste pojęcie o reszcie tego drzewa genealogicznego.
– To drugie dziecko z nieprawego łoża – wyjaśnił Strike. – Jest o kilka lat młodsza ode mnie. Jej matką była Lindsey Fanthrope. Kojarzysz? Taka wielorasowa aktorka. Grała wszędzie. W EastEnders, w The Bill...
– Spotkasz się z tą Prudence?
– Nie wiem – przyznał Strike. – Prawdę mówiąc, mam poczucie, że na razie nie potrzebuję kolejnych krewnych. Poza tym ona jest psychoterapeutką.
– Jakiego rodzaju?
– Jungistką.
Jego mina, w której mieszała się nieufność z odrazą, rozbawiła Robin.
– Co złego jest w byciu jungistką?
– Bo ja wiem... Miło się z nią esemesuje, ale...
Szukając odpowiednich słów, Strike zatrzymał spojrzenie na panelu z brązu wiszącym na ścianie za głową Robin, ukazującym nagą Ledę zapładnianą przez Zeusa pod postacią łabędzia.
– ...w każdym razie napisała, że jej też nie było łatwo mieć takiego ojca. Ale kiedy się dowiedziałem, jak zarabia na życie... – Zamilkł i upił trochę burbona.
– Pomyślałeś, że nie jest z tobą szczera?
– Aż tak to nie... – Westchnął. – Wystarczająco dużo niewydarzonych psychologów mówiło mi, dlaczego żyję tak jak żyję i szukało przyczyn w mojej rodzinie. Tak zwanej rodzinie. Prudence napisała w jednym z esemesów, że wybaczenie Rokeby’emu podziałało na nią „uzdrawiająco”... Walić to – powiedział nagle. – To twoje urodziny, porozmawiajmy o twojej rodzinie. Czym zajmuje się twój tata? Nigdy mi nie mówiłaś.
– Naprawdę? – zdziwiła się lekko. – Jest profesorem medycyny owiec specjalizującym się w ich produkcji i reprodukcji.
Strike zakrztusił się burbonem.
– Co w tym śmiesznego? – spytała Robin, unosząc brwi.
– Wybacz – powiedział Strike, kasłając i śmiejąc się jednocześnie. – Po prostu się tego nie spodziewałem.
– Jeśli chcesz wiedzieć, jest w tej dziedzinie wielkim autorytetem – odparła Robin z udawaną urazą.
– Profesor medycyny owiec... Jak to dalej szło?
– Specjalizujący się w ich produkcji i repro... Dlaczego tak cię to śmieszy? – spytała Robin, gdy Strike znowu zarechotał.
– Nie wiem, może to ta „produkcja” i „reprodukcja” – powiedział. – A oprócz nich owce.
– Ma przed nazwiskiem czterdzieści sześć liter. Policzyłam, kiedy byłam mała.
– Bardzo imponujące – powiedział Strike, upijając kolejny łyk burbona i starając się wyglądać poważnie. – No więc kiedy zaczął się interesować owcami? Miał tak od urodzenia czy może jakaś konkretna owca wpadła mu w oko, gdy...
– On ich nie dyma, Strike.
Nowa salwa śmiechu detektywa sprawiła, że wiele osób odwróciło głowy w ich kierunku.
– Jego starszy brat dostał rodzinne gospodarstwo, więc tata zaczął studiować weterynarię w Durham i zrobił specjalizację... Przestań się śmiać, do cholery! Poza tym redaguje czasopismo branżowe.
– Proszę, powiedz, że jest o owcach.
– Zgadza się. „Hodowla Owiec” – powiedziała Robin. – I zanim spytasz – nie, nie wydają dodatku ilustrowanego pod tytułem „Owce Naszych Czytelników”.
Tym razem salwę śmiechu Strike’a usłyszał cały bar.
– Nie tak głośno. – Robin się uśmiechała, ale jednocześnie miała świadomość, ile osób im się przygląda. – Przecież nie chcemy, żeby zakazali nam wstępu do drugiego baru w Londynie.
– Chyba nie zakazali nam wstępu do American Bar?
Strike niezbyt dobrze pamiętał następstwa swojej próby walnięcia podejrzanego pięścią w hotelu Stafford. Mglistość wspomnień nie była jednak spowodowana nadmiarem alkoholu, lecz tym, że skupiał się wtedy wyłącznie na własnej wściekłości.
– Może nie powiedzieli tego wprost, ale spróbuj tam kiedyś pójść, a zobaczysz, jak cię powitają – odrzekła Robin, wyławiając jedną z ostatnich oliwek z naczynek, które podano im razem z pierwszą kolejką. Strike już zdążył zjeść czipsy.
– Ojciec Charlotte hodował owce – powiedział Strike i Robin poczuła lekki dreszczyk zaciekawienia, którego doświadczała za każdym razem, gdy wspominał o swojej byłej narzeczonej, czyli prawie nigdy.
– Naprawdę?
– No. Na Arranie – odparł Strike. – Miał tam z trzecią żoną olbrzymi dom. No wiesz, rolnictwo hobbystyczne. Prawdopodobnie do odpisania od podatku. Skurczybykom źle patrzyło z oczu... mam na myśli owce... nie pamiętam, jaka to była rasa. Czarno-białe. Olbrzymie rogi i żółte ślepia.
– To pewnie jacobsy – domyśliła się Robin. – Wychowywałam się z olbrzymią stertą „Hodowli Owiec” obok sedesu... – wyjaśniła, odpowiadając na uśmiech Strike’a. – Siłą rzeczy znam rasy owiec... Jak jest na Arranie?
Tak naprawdę pytała, jaka jest rodzina Charlotte.
– Z tego, co pamiętam, to ładnie, ale byłem tam tylko raz. Nie zaprosili mnie ponownie. Ojciec Charlotte mnie nie znosił.
– Dlaczego?
Zanim Strike odpowiedział, dopił burbon.
– Hm, powodów było kilka, ale moim zdaniem na szczycie listy znajdowało się to, że jego żona próbowała mnie uwieść.
Zduszony okrzyk Robin zabrzmiał o wiele głośniej, niż zamierzała.
– No. Miałem wtedy jakieś dwadzieścia dwa–dwadzieścia trzy lata. Ona miała co najmniej czterdzieści. Bardzo atrakcyjna, jeśli lubi się kobiety chude jak kokainistki.
– Ale... jak?
– Wybraliśmy się na Arran na weekend. Scheherazade – tak miała na imię macocha – i ojciec Charlotte ostro pili. Poza tym połowa rodziny miała problemy z narkotykami, wszystkie przyrodnie siostry i przyrodni bracia. Po kolacji siedzieliśmy we czworo i tankowaliśmy. Ojciec Charlotte od początku nie był mną zachwycony. Liczył na kogoś z bardziej błękitną krwią. Ulokowali mnie i Charlotte w osobnych sypialniach na różnych piętrach. Koło drugiej w nocy poszedłem do swojego pokoju na poddaszu, rozebrałem się, padłem zalany na łóżko, wyłączyłem światło i parę minut później drzwi się otworzyły. Oczywiście myślałem, że to Charlotte. W pokoju było zupełnie ciemno. Przesunąłem się, ona wślizgnęła się do łóżka...
Robin uświadomiła sobie, że rozdziawiła usta, więc je zamknęła.
– ...całkiem naga. Mimo to nie zaskoczyłem. Miałem w sobie prawie całą butelkę whisky. Wtedy ona... hm... sięgnęła po mnie... jeśli rozumiesz, co mam na myśli...
Robin zasłoniła usta dłonią.
– ...pocałowaliśmy się i dopiero kiedy szepnęła mi do ucha, że pochylając się nad ogniem w kominku, zauważyła, jak patrzę na jej cycki, dotarło do mnie, że leżę w łóżku z gospodynią. Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie, ale wcale nie gapiłem się na jej cycki. Szykowałem się, żeby ją złapać, bo tak się zalała, że kiedy poszła dołożyć do ognia, mogła w każdej chwili wpaść do kominka.
– I co zrobiłeś? – spytała Robin przez rozchylone palce.
– Wyskoczyłem z łóżka, jakby w moim tyłku zaczął się pokaz sztucznych ogni – powiedział Strike, a Robin znowu zaczęła się śmiać – wpadłem na miednicę, przewróciłem ją i strąciłem jakiś olbrzymi wiktoriański dzban. Ona tylko chichotała. Chyba myślała, że gdy szok minie, natychmiast wrócę do łóżka. Próbowałem znaleźć po ciemku bokserki, a wtedy drzwi otworzyła prawdziwa Charlotte.
– O Boże...
– No. Nie była zachwycona, zastając mnie i swoją macochę nagich w jednej sypialni. Nie mogła się zdecydować, które z nas chce zabić bardziej. Wrzask zbudził sir Anthony’ego. Przybiegł na górę w brokatowym szlafroku, ale był tak zalany, że niedokładnie go zawiązał. Włączył światło i stanął tam z pastorałem myśliwskim w rękach, zupełnie nieświadomy tego, że wystaje mu fujara, dopóki jego żona nie pokazała jej palcem, mówiąc: „Anthony, widzimy twojego siusiaka”.
Robin śmiała się już tak bardzo, że Strike musiał zaczekać, aż się uspokoi, by mógł opowiadać dalej. Przy barze niedaleko ich stolika jakiś siwowłosy mężczyzna obserwował Robin z krzywym uśmieszkiem.
– Co było potem? – spytała, z trudem łapiąc oddech i wycierając oczy maleńką serwetką, którą podano jej razem z drinkiem.
– O ile dobrze pamiętam, Scheherazade nie zawracała sobie głowy usprawiedliwianiem się. Chyba raczej myślała, że całe to zajście jest dosyć zabawne. Charlotte rzuciła się na nią, ja przytrzymałem Charlotte, a sir Anthony najwyraźniej uznał, że to wszystko moja wina, bo przecież nie zamknąłem drzwi na klucz. Charlotte też raczej skłaniała się ku takiej opinii. Ale życie z matką na skłotach nie przygotowało mnie na to, czego można się spodziewać po arystokracji. W sumie muszę powiedzieć, że ludzie na skłotach zachowywali się znacznie lepiej.
Uniósł rękę, by pokazać uśmiechniętej kelnerce, że są gotowi na następną kolejkę, a Robin, którą ze śmiechu rozbolały żebra, wstała od stolika.
– Muszę do łazienki – wykrztusiła. Gdy tam szła, siwowłosy mężczyzna przy barze odprowadzał ją wzrokiem.
Drinki były małe, ale bardzo mocne i Robin, która prowadząc obserwację, spędzała mnóstwo czasu w tenisówkach, odzwyczaiła się od noszenia butów na obcasie. Idąc teraz po wyłożonych czerwonym chodnikiem schodach do damskiej toalety przypominającej bardziej pałac niż wszystkie toalety, które dotąd widziała, musiała mocno trzymać się poręczy. Okrągłe marmurowe umywalki, aksamitną sofę i ściany pokryte malowidłami przedstawiającymi nimfy w jeziorach porośniętych liliami otaczał jasny róż truskawkowego makaronika.
Zrobiwszy siku, Robin poprawiła sukienkę i sprawdziła w lustrze, czy podczas tego całego śmiania nie rozmazał jej się tusz do rzęs. Myjąc ręce, pomyślała o historii, którą właśnie opowiedział jej Strike. Wydawała jej się zabawna, lecz zarazem trochę onieśmielająca. Mimo szerokiej gamy ludzkich dziwactw, nierzadko natury seksualnej, z którymi Robin zetknęła się w swojej pracy detektywistycznej, zdarzało się, że porównując się z rówieśniczkami, czuła się niedoświadczona i oderwana od życia. Nigdy nie zdarzyło jej się zapuścić w dziksze rejony przygód seksualnych. Miała dotąd tylko jednego partnera i więcej powodów niż przeciętna kobieta, by pragnąć ufać osobie, z którą szła do łóżka. Pewien mężczyzna w średnim wieku z plamą bielactwa pod lewym uchem stanął kiedyś w ławie oskarżonych, twierdząc, że dziewiętnastoletnia Robin zaprosiła go do ciemnej klatki schodowej na seks i że pozbawił ją przytomności duszeniem, ponieważ powiedziała, że „lubi na ostro”.
– Chyba lepiej przerzucę się na wodę – oznajmiła pięć minut później, opadając z powrotem na miejsce naprzeciwko Strike’a. – Te drinki są naprawdę mocne.
– Za późno – powiedział Strike, gdy kelnerka postawiła przed nimi pełne kieliszki. – Masz ochotę na kanapkę, żeby wchłonęła trochę alkoholu?
Podał jej menu. Ceny były horrendalnie wysokie.
– Słuchaj, to chyba nie...
– Nie zaprosiłbym cię do Ritza, gdybym nie był gotów za to zabulić – powiedział Strike, wykonując zamaszysty gest. – Zamówiłbym tort, ale...
– Ilsa już go upiekła na jutrzejszy wieczór? – domyśliła się Robin.
Następnego dnia mieli świętować urodziny Robin w gronie znajomych na imprezie zorganizowanej przez ich wspólną przyjaciółkę.
– No. Miałem ci o tym nie mówić, więc udawaj zaskoczoną. A właściwie kto będzie na tej kolacji? – spytał Strike. Ciekawiło go, czy będą ludzie, których nie znał, a mówiąc konkretniej – mężczyźni.
Robin wymieniła imiona par.
– I oczywiście ja i ty – zakończyła.
– Kto to jest Richard?
– To nowy chłopak Maxa – powiedziała Robin. Max, jej współlokator i właściciel mieszkania, był aktorem, który wynajął jej pokój, ponieważ inaczej nie byłby w stanie spłacić hipoteki. – Zaczynam się zastanawiać, czy nie przyszła pora, żeby się wyprowadzić – dodała.
Zjawiła się kelnerka i Strike zamówił dla nich obojga kanapki, po czym odwrócił się z powrotem do Robin.
– Dlaczego myślisz o wyprowadzce?
– Serial, w którym gra Max, gwarantuje mu świetne zarobki i właśnie zamówiono drugi sezon, a Max i Richard chyba bardzo się polubili. Nie chcę czekać, aż sam poprosi, żebym się wyprowadziła. Poza tym... – Robin upiła łyk drinka – mam trzydzieści lat. Najwyższy czas się usamodzielnić, nie uważasz?
Strike wzruszył ramionami.
– Nie jestem wielkim fanem robienia różnych rzeczy w określonym terminie. To bardziej domena Lucy.
Lucy była siostrą, z którą Strike spędził większość dzieciństwa, ponieważ mieli tę samą matkę. Ogólnie rzecz biorąc, Strike i Lucy wyznawali skrajnie odmienne poglądy na temat tego, co jest w życiu najprzyjemniejsze i najważniejsze. Lucy martwiła się, że Strike, dobiegający czterdziestki, wciąż mieszka sam w dwóch wynajętych pomieszczeniach nad swoją agencją i nie ma żadnych zobowiązań ułatwiających życiową stabilizację – żony, dzieci, kredytu, komitetów rodzicielskich, obowiązkowych imprez bożonarodzeniowych z sąsiadami – których zresztą bezwzględnie unikała także ich matka.
– No cóż, myślę, że już pora, żebym znalazła własne mieszkanie – powiedziała Robin. – Będę tęskniła za Wolfgangiem, ale...
– Co to za jeden?
– Jamnik Maxa – odparła Robin, zaskoczona ostrym tonem Strike’a.
– A... Myślałem, że to jakiś Niemiec, do którego poczułaś miętę.
– Ha... Nie – powiedziała Robin.
Naprawdę czuła, że jest już mocno pijana. Miała nadzieję, że kanapki pomogą.
– Nie – powtórzyła. – Max nie jest facetem, który próbowałby mnie swatać z Niemcami. Muszę powiedzieć, że to dla mnie miła odmiana.
– Dużo ludzi próbuje cię swatać z Niemcami?
– Nie z Niemcami, ale... Och, wiesz, jak to jest. Vanessa ciągle mi powtarza, żebym założyła profil na Tinderze, a moja kuzynka Katie chce mnie zapoznać z jakimś swoim przyjacielem, który właśnie przeprowadził się do Londynu. Mówią na niego Drwal.
– Drwal? – powtórzył Strike.
– Tak, bo naprawdę nazywa się... jakoś tak podobnie do Drwal. Nie pamiętam. – Robin machnęła ręką. – Niedawno się rozwiódł, więc Katie myśli, że będzie nam ze sobą wspaniale. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego dwoje ludzi miałoby do siebie pasować tylko dlatego, że spieprzyli swoje małżeństwa. W zasadzie to...
– Ty nie spieprzyłaś swojego małżeństwa. – Strike wszedł jej w słowo.
– Spieprzyłam – zapewniła. – W ogóle nie powinnam była wychodzić za Matthew. Nasz ślub był katastrofą, a potem było jeszcze gorzej.
– To on miał romans.
– Ale to ja nie chciałam być w tym małżeństwie. To ja próbowałam je zakończyć już w podróży poślubnej, a potem stchórzyłam...
– Naprawdę? – spytał Strike, dla którego była to zupełnie nowa informacja.
– Tak – powiedziała Robin. – W głębi serca wiedziałam, że to pomyłka...
Na chwilę cofnęła się myślami do Malediwów i tamtych gorących nocy, w które spacerowała samotnie po białym piasku przed willą, gdy Matthew spał, i zadawała sobie pytanie, czy jest zakochana w Cormoranie Strike’u.
Przyniesiono kanapki i Robin poprosiła o szklankę wody. Przez chwilę jedli w milczeniu, aż w końcu Strike powiedział:
– Nie założyłbym profilu na Tinderze.
– Ty byś nie założył czy ja nie powinnam?
– Jedno i drugie – powiedział. Zjadł już jedną kanapkę i wziął się do drugiej, zanim Robin zdążyła odgryźć dwa kęsy. – W naszej branży lepiej nie udzielać się za bardzo w Internecie.
– Właśnie tak powiedziałam Vanessie – odrzekła Robin. – Ale ona twierdzi, że mogłabym używać fałszywego nazwiska, dopóki ktoś by mi się nie spodobał.
– Nic tak mocno nie buduje fundamentu zaufania jak kłamstwo w sprawie własnego nazwiska – powiedział Strike i Robin znowu się roześmiała.
Strike zamówił kolejne drinki, a Robin nie protestowała. W barze zrobiło się tłoczniej, gwar rozmów przybrał na sile, a każdy kryształ zwisający z żyrandoli otaczała mglista aureola. Robin czuła teraz bezkrytyczną sympatię do wszystkich ludzi na sali – od starszej pary rozmawiającej cicho przy szampanie i krzątających się barmanów w białych marynarkach po siwowłosego mężczyznę, który się do niej uśmiechnął, gdy się rozglądała. Najbardziej ze wszystkich lubiła Cormorana Strike’a, ponieważ to on zorganizował dla niej ten wspaniały, zapadający w pamięć i kosztowny wieczór z okazji jej urodzin.
Strike, który naprawdę nie gapił się przed laty na piersi Scheherazade Campbell, robił teraz, co w jego mocy, by okazać podobną uprzejmość swojej wspólniczce, lecz jeszcze nigdy nie wydawała mu się taka ładna: zarumieniła się pod wpływem alkoholu i śmiechu, a jej jasnorude włosy lśniły w rozproszonym blasku złotej kopuły nad ich głowami. Gdy nagle się pochyliła, by podnieść coś z podłogi, za wiszącym na jej szyi opalem ukazała się głęboka jaskinia rowka między piersiami.
– Perfumy. – Wyprostowała się, trzymając fioletową torebeczkę z Liberty, zawierającą prezent urodzinowy od Strike’a. – Mam ochotę się nimi skropić.
Odwiązała wstążkę, zdjęła papier ozdobny i wyjęła z pudełeczka biały prostokątny flakon, a Strike patrzył, jak spryskuje odrobiną perfum nadgarstki oraz – zmusił się, by odwrócić wzrok – zagłębienie między piersiami.
– Pachną wspaniale. – Przysunęła nadgarstek do nosa. – Dziękuję.
Wyczuł lekką woń perfum: choć długie lata palenia przytępiły nieco jego węch, rozpoznał róże podszyte piżmem, co przywiodło mu na myśl skórę ogrzaną słońcem.
Przyniesiono nowe drinki.
– Chyba zapomniała o mojej wodzie – zauważyła Robin, sącząc manhattan. – To będzie mój ostatni. Teraz rzadko chodzę na obcasach i nie chcę upaść na twarz na środku Ritza.
– Zamówię ci taksówkę.
– Już wystarczająco dużo wydałeś.
– Dobrze nam się powodzi – powiedział Strike. – Dla odmiany.
– Wiem... czy to nie wspaniale? – Westchnęła. – Mamy naprawdę niezłe saldo w banku, a do tego mnóstwo nowych zleceń... Strike, odnieśliśmy sukces. – Rozpromieniła się, a on poczuł, że też się rozpromienił.
– Kto by pomyślał.
– Ja bym pomyślała – powiedziała Robin.
– Kiedy mnie poznałaś, byłem prawie bankrutem, spałem na łóżku polowym we własnej agencji i miałem jednego klienta.
– No i? Podobało mi się, że się nie poddajesz i nie miałam wątpliwości, że jesteś naprawdę dobry w tym, co robisz.
– Po czym to niby poznałaś?
– Przecież widziałam, jak pracujesz, prawda?
– Pamiętasz, jak przyniosłaś tę tacę z kawą i herbatnikami? – spytał Strike. – Tamtego pierwszego dnia, dla mnie i Johna Bristowa. Nie miałem pojęcia, skąd je wytrzasnęłaś. To było jak magiczna sztuczka.
Roześmiała się.
– Po prostu poprosiłam faceta z dołu.
– I powiedziałaś „my”. „Pomyślałam, że skoro zaproponowaliśmy klientowi kawę, powinniśmy mu ją zapewnić”.
– Eh, ta twoja pamięć – powiedziała Robin, zaskoczona, że bez zastanowienia przytoczył te słowa.
– No... nie jesteś... zwyczajną osobą – odparł Strike.
Sięgnął po prawie opróżniony kieliszek i uniósł go.
– Za agencję detektywistyczną Strike’a i Ellacott. A poza tym sto lat.
Robin podniosła kieliszek, stuknęła się z nim i wypiła do dna.
– Cholera, Strike, spójrz, jak już późno – zawołała nagle, zauważywszy, która jest godzina. – Muszę wstać o piątej. Mam śledzić chłopaka Panny Jones.
– No dobra – mruknął Strike, który z radością spędziłby jeszcze parę godzin na tym wygodnym krześle, skąpany w złotym świetle i otoczony zapachem róży z piżmem unoszącym się nad stolikiem. Skinął do kelnerki, prosząc o rachunek.
Tak jak Robin przewidziała, bez wątpienia kołysała się na wysokich obcasach, gdy przechodziła przez bar, a znalezienie numerka do szatni, leżącego na dnie torebki, zajęło jej o wiele więcej czasu, niż powinno.
– Mógłbyś to potrzymać? – spytała Strike’a, podając mu torebeczkę z perfumami i nie przerywając poszukiwań.
Odebrawszy jej płaszcz, Strike musiał pomóc jej go włożyć.
– Zdecydowanie się upiłam – mruknęła Robin, biorąc od niego fioletową torebeczkę, a kilka sekund później potwierdziła własne słowa, gdy się poślizgnęła, zahaczywszy obcasem o skraj okrągłego szkarłatnego dywanu pokrywającego marmurową podłogę w holu. Strike w porę ją złapał, a potem wyprowadził przez jedno z bocznych wyjść umieszczonych po obu stronach obrotowych drzwi, obejmując ją w talii, ponieważ miał wątpliwości, czy Robin sobie poradzi.
– Wybacz – powiedziała, gdy szli ostrożnie po stromych kamiennych schodach przed Ritzem i Strike wciąż trzymał ją w talii. Jego dotyk wydał jej się przyjemny, był mocny i ciepły. Dotychczas to przeważnie ona go podtrzymywała, gdy po jakimś nieprzemyślanym nadmiernym wysiłku kikut jego prawej nogi odmawiał dalszego dźwigania ciała. Strike trzymał ją tak mocno, że jej głowa prawie opierała się na jego piersi i Robin czuła wodę po goleniu, której użył na tę wyjątkową okazję, mimo że jak zwykle przysłaniała ją woń starych papierosów.
– Taksówka – rzucił Strike, wskazując czarny samochód sunący gładko w ich stronę.
– Strike... – powiedziała Robin, odchylając się, by spojrzeć mu w twarz.
Zamierzała mu podziękować, powiedzieć, że to był wspaniały wieczór, lecz gdy ich oczy się spotkały, nie padły żadne słowa. Na króciutką chwilę wszystko wokół nich się rozmazało, jakby stali w oku jakiegoś spowolnionego cyklonu warczących samochodów i mijających ich świateł, przechodniów i nakrapianego chmurami nieba, i jakby prawdziwe były tylko ich dotyk i zapach. Strike, patrząc na jej zwróconą do góry twarz, zapomniał momentalnie o wszystkich solennych postanowieniach, które powstrzymywały go od blisko pięciu lat, i prawie niezauważalnie pochylił głowę, kierując usta w stronę jej ust.
Szczęście na twarzy Robin niespodziewanie zmieniło się w strach. Zauważył to i się wyprostował, a zanim któreś z nich zdążyło przeanalizować to, co się właśnie stało, przyziemny warkot kuriera na motorze zwiastował powrót świata na jego zwykły kurs. Cyklon minął i Strike zaprowadził Robin do otwartych drzwi taksówki, a ona opadła na twarde siedzenie.
– Branoc! – zawołał za nią.
Drzwi zamknęły się z trzaskiem i taksówka odjechała, zanim oszołomiona Robin zdążyła zdecydować, czy to, co czuje, to szok, radość czy żal.
Serce jak smoła
W agencji detektywistycznej Cormorana Strike’a i Robin Ellacott zjawia się roztrzęsiona młoda kobieta i błaga o rozmowę. To Edie Ledwell, współtwórczyni popularnej kreskówki Serce jak smoła. Od lat prześladuje ją w Internecie osoba posługująca się nickiem Anomia. Zdesperowana Edie prosi o ustalenie jej prawdziwej tożsamości, jednak Robin z kilku powodów odmawia przyjęcia sprawy...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book
e-book · audio