UCIECZKA NIEDŹWIEDZICY
Nazywam się Marianna Polna. Mam siedemdziesiąt lat. Mieszkam pod Warszawą. Jestem poetką i tłumaczką. Mój ojciec, Jan Nepomucen Polny, lekarz i profesor Akademii Medycznej, chorował na alzheimera i przed miesiącem zmarł w wieku dziewięćdziesięciu siedmiu lat. Mamy rok dwa tysiące dwudziesty pierwszy. Siedemnasty dzień kwietnia. Jestem w Bernie. Berno to stolica Szwajcarii. Od kiedy przyjechałam, miasto żyje sensacyjną informacją o ucieczce niedźwiedzicy z nadrzecznego zoo. Niedźwiedzica ma na imię Cora. Zatrzymałam się w hotelu Bellevue. Mój pokój ma numer dwanaście. Przyjechałam tu, by rozstać się z życiem.
Wiem, że tracę pamięć jak mój ojciec. Odziedziczyłam po nim chorobę. Czuję się jak stary dom, już nie do naprawienia. Dlatego codziennie zaraz po przebudzeniu powtarzam sobie, jak się nazywam, ile mam lat, gdzie mieszkam, co tego dnia mam zrobić. Dziś na przykład zamierzam się rozstać z życiem, co skutecznie zwolni mnie z dalszego planowania i porannego powtarzania, kim jestem. To brzmi o wiele lepiej niż samobójstwo albo, co gorsza, eutanazja, jakbym była starą szkapą, która nie ma nic do powiedzenia. Mój ojciec naukowiec był zwolennikiem eutanazji. Uważał ją za prawo człowieka i zamierzał z niego skorzystać, ale kiedy przyszło co do czego, zapomniał o tym i życie rozstało się z nim, na długo zanim umarło jego ciało. Rozstanie się z życiem powinno mieć w sobie pierwiastek sprawczości. To ja decyduję, kiedy i gdzie, a teraz wiem, że już pora. Oprócz kłopotów z pamięcią mam chore serce, więc powinno to być w miarę proste.
Postanowiłam utonąć w rzece Aare dlatego, że jest czystym pięknem, a całe moje życie było służbą pięknu, a przynajmniej tak chcę je widzieć. Tłumaczyłam i pisałam wyłącznie takie wiersze, które spełniały kryteria Arystotelesowskiej koncepcji sztuki: budząc litość i trwogę, prowadziły do katharsis. Dla mnie to jest prawdziwe piękno. Drugi powód jest taki, że właśnie nad rzeką Aare dwadzieścia lat temu przeżyłam najważniejszy moment w życiu. Podjęłam decyzję, po której wszystko dzieliło się na przed i po. Mężczyzna, którego kochałam, odszedł w kierunku mostu Nydegg, a ja patrzyłam na płynącą wodę w kolorze akwamarynu i nie zawołałam jego imienia.
Następne dekady wypełniły mi opieka nad ojcem, praca i żal stygnący w jakiś rodzaj zgody, która nie przynosiła ani ulgi, ani oczyszczenia. Gdyby można było ją zobaczyć, byłaby szara i chropowata jak stary pumeks zapomniany na brzegu wanny. Dziś po przebudzeniu próbowałam przypomnieć sobie słowo katharsis. Mroczniało w moim umyśle jak mały wypalony punkt. Pamiętałam, co znaczy, a nawet to, że wiele lat temu zatytułowałam tak tomik poezji, jednak samego słowa nie mogłam sobie przypomnieć i sprawiło mi to wielki ból. Nie pomogło wizualizowanie alfabetu i sprawdzanie litera po literze, czy ta właśnie jest początkiem zguby. Aaaa, jęczałam. Beee, beczałam. Pomógł mi dopiero internet. Ona, Katharsis, tom wierszy Marianny Polnej. Kiedy musisz pytać komputer o coś tak istotnego dla życia jak katharsis, pora się zbierać.
Mój ojciec nosił przy sobie truciznę w pustej łusce naboju. Pocisk go nie zabił, choć po to został wystrzelony. Ojciec lubił go wyjmować i o nim opowiadać: zawsze skupiał na sobie uwagę i potrzebował tego. Pragnął rozstać się z życiem w odpowiednim momencie. Z fasonem. Jednak zagapił się i zapomniał, o czym miał pamiętać.
Na początku tracił pojedyncze słowa, tak samo jak ja od kilku lat. Albo wychodził z domu i zamiast skręcić w lewo, udawał się w prawo, gdzie zatrzymywał się po kilku krokach, zdezorientowany i zawstydzony. Już nigdy nie było lepiej. Któregoś poranka zastałam go w kuchni nad rozkręconym budzikiem i nastała era psucia mechanicznych przedmiotów, których działanie chciał poznać. Najbardziej interesowały go te, które coś mierzyły: zegary, wagi, termometry. Nie potrafił przywrócić wybebeszonych sprzętów do stanu użyteczności i ciskał nimi o ściany w napadach agresji. Na marginesach książek, które całe życie szanował, robił teraz notatki pełne bezsensownych fraz, a potem tylko pojedynczych liter, ciągnących się jak łańcuchy choinkowe. Na uroczystym przyjęciu na swoją cześć posłodził sobie kawę nożem, a zgromadzone przy stole lekarskie towarzystwo udawało, że nie widzi, jak niesie cukier na czubku ostrza i rozsypuje białe kryształki na obrusie. Słowa umykały mu i wracały ze zmienionym znaczeniem, łasząc się jak głodne koty. Gdy miałem siedemnaście złotych, zaczynał opowiadać, a miał na myśli lata, choć przecież nie mogę być tego pewna. To było potem, potem, potem. W Imbirowicach!, podnosił głos, ale przecież wieś nazywała się Imbramowice.
Patrzyłam na niego, moją opokę, herszta naszej dwuosobowej bandy, i czułam, jakby ktoś włożył do środka inną zawartość. Przestraszone, agresywne dziecko. Zrobił sobie grafik i dopóki był w stanie, notował w nim godziny moich wyjść i powrotów, robiąc awantury za każdym razem, gdy się spóźniłam. Gdy zbyt długo rozmawiałam przez telefon, szczypał mnie. Przestał kochać muzykę i gdy puszczałam mu jedną z ulubionych płyt, Alcinę Haendla albo Lekcje ciemności Charpentiera, krzyczał w agonii jak poraniony szrapnelem, więc w naszym domu zamilkł odtwarzacz Cambridge, z którego był dawniej tak dumny.
Czasem pamiętał moje imię i płakał, powtarzając, Mari, Mari. Moja. Córka! A na drugi dzień się złościł, że po co mu powtarzam, że Marianna, Mari, jaka Mari, przecież nie musi pamiętać imion obcych ludzi. Nie pamiętam, czego nie pamiętam, płakał złamany. Zapomniałem, że zapomniałem. Daj mi!, wołał z dna rozpaczy, ale brakujące słowo nigdy nie zostało odnalezione. Daj mi!, krzyczał, a mnie pękało serce. Co miałam mu dać? Wodę? Chleb? Miłość? Śmierć? A potem język umarł, został tylko gadzi mózg i podstawowe funkcje życiowe. Oddychanie, jedzenie, wydalanie, strach. Mój mądry, elegancki ojciec stał się gadem. W chwili zagrożenia zastygał zaśliniony i uparcie robił kupę pod prysznicem. A na koniec przez trzy długie lata leżał karmiony przez sondę. Jego oczy, które kiedyś tryskały inteligencją, były matowe i martwe jak obtoczone w popiele.
Wcześniej pamięć miałam fenomenalną. Za dobrą, żartowałam gorzko. Pamiętałam na przykład każdy dzień z sześciu miesięcy, które spędziłam w Bernie na zaproszenie tutejszego uniwersytetu, a na pewno wszystkie godziny spędzone z Rafaelem. Dostałam ważną nagrodę literacką za tomik wierszy, doceniano moje przekłady poezji i prozy. Byłam po pięćdziesiątce, ale czułam się młoda, wciąż atrakcyjna. Prowadziłam seminarium translatorskie, z łatwością przemieszczając się między trzema głównymi językami kraju, w którym zawsze czułam się dobrze, bo piękno natury łączy się tu z doskonałością wytworów kulturowych i cywilizacyjnym zaawansowaniem. Tak mówił o Szwajcarii doktor Polny i zgadzałam się z nim.
Odnajdowałam się tylko w miejscach, gdzie zewnętrzna struktura świata pozwala się skupić na życiu wewnętrznym, bo nie trzeba się bać o bagaż, zdrowie i życie. To przekonanie łączyło mnie z ojcem i obok wielu rzeczy różniło od mojej przyrodniej siostry Ewy, która z plecakiem włóczyła się po Azji i Afryce. Dla niej byłam pod tym względem nudziarą. Rafael jednak uważał, że jestem wspaniała. Był prawie dwadzieścia lat młodszy ode mnie i chciał, bym po prostu została. Powiedział mi o tym, gdy pływaliśmy w Aare. Żebym została z nim w mieście przeciętym krystalicznym ostrzem rzeki, pięknym jak pudełko luksusowych czekoladek, o ile zapomni się o paru brzydkich blokowiskach na obrzeżach. A latem będziemy jeździć do małej górskiej wioski koło Sion, mówił Rafael, planując naszą przyszłość. Odpowiedziałam, że muszę wracać do domu. Rafael odszedł w kierunku mostu Nydegg i życia beze mnie, którego fragmenty docierały do mnie przez lata jak rzucane kamienie. Inna kobieta, podobna raczej do Ewy niż do mnie, psy rasy leonberger, podróże do Grecji.
Gdy zaczęłam tracić pamięć, wiedziałam, co mnie czeka. Opowiadałabym tę jedną historię znad rzeki Aare, ale nikt nie chciałby jej słuchać, tak jak ja miałam dość ojca powtarzającego w kółko tę swoją straszną bajkę, którą znałam od dziecka. Jedyna data, jaką pamiętał po kilkunastu latach zmagań z alzheimerem, jedyny żywy obraz w jego głowie, to trzydziesty pierwszy stycznia tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku, gdy Bury wymordował trzydziestu chłopów w podlaskiej wsi Puchały. Mój ojciec, jeden z młokosów, których zbrodniczy watażka Armii Krajowej zaprzągł siłą do pomocy, cudem uniknął śmierci. Nigdy nie mówił o mojej dawno martwej matce, licznych kochankach, naszej wiernej pani Kasi, przenigdy o Weronice, która urodziła mu dziecko, gdy ja byłam już na studiach, nawet o niej, późnej córce Ewie, tak pięknej, tak wyjątkowej, nie. Milczał o skomplikowanych operacjach na mózgach przytomnych pacjentów, patrzących na niego jak na boga, choć wcześniej zadręczał wszystkich szczegółowymi opisami swoich osiągnięć, nawet przypadkowych słuchaczy, którzy nie odróżniliby móżdżku od śledziony. Liczył się tylko tamten styczniowy dzień, trzydzieści martwych ciał, oszalały z nienawiści zbrodniarz, ucieczka, odmrożone palce u stóp, las. Nieważne, kto znalazł się w polu rażenia historii, ojciec strzelał. W listonosza, lekarza, sprzątaczkę, zmieniające się ciągle pielęgniarki ze Wschodu. Najczęściej jednak we mnie. Mówił coraz brzydziej, w coraz większej rozpaczy, słowa narowiły się, zdania wybuchały jak nafaszerowane gwoździami kamizelki samobójców. Zaczęły pojawiać się chachłackie słowa, dawno nieużywany język wymsknął się z zatrzaśniętej szuflady w głowie mojego ojca jak niespokojny duch. Kak Bury pryszoł na swadźbę w Łozicach, to światało. Ja baczył, kak oni zbirajuc sia we wioscy. Tysiąc razy miałam ochotę krzyknąć, by się zamknął, ale nigdy tego nie zrobiłam, bo wiedziałam, że też noszę w sobie ziarno jątrzącej się historii, tyle że banalnej, pozbawionej ciężaru, który miała ojcowska. Opowiadałabym, jak Rafael poprosił, Zostań, latem będziemy jeździć do tej wioski koło Sion, której nazwa znów wyleciała mi z głowy. Żałosne.
Podczas śniadania w Bellevue goście przy sąsiednim stoliku rozmawiali o zbiegłej niedźwiedzicy. Cora, ma na imię Cora, powiedziała po francusku kobieta w moim wieku, a towarzyszący jej mężczyzna przyznał, że taka ucieczka jest czymś niesamowitym, i wytarł usta serwetką. Rwali świeże croissanty i maczali w mlecznej kawie. Poczułam, że już pora. Zmysły miałam wyostrzone, a jednocześnie czułam się pootwierana, trzaskająca. Zrujnowany dom, w którym hula przeciąg.
Szłam przez Berno, które pachniało tak samo, jak dwadzieścia lat temu: serem, czekoladą, tęsknotą. Chciałam iść dopóty, dopóki starczy mi sił, w stronę gór, z których wypływa Aare, patrząc na ich ośnieżone szczyty. I wejść do wody dopiero tam, gdzie będzie pusto i nikt nie zauważy staruszki, która rozstaje się z życiem. Dzień był świetlisty, na wysokim niebie ani jednej chmury. W hotelu zostawiłam dokumenty i telefon. Przy sobie miałam tylko tabletki, które spowolnią pracę serca i sprawią, że nie dam rady długo płynąć. Moje stare serce po prostu się zatrzyma w lodowatej, czystej wodzie, choć ciało będzie instynktownie wykonywać wyuczone ruchy. Byłam dobrą pływaczką. Nikt na mnie nie czekał, nikt nie wiedział, co zamierzam. Nie zwróciłam uwagi na wozy policji i straży pożarnej koło mostu Nydegg ani na grupę umundurowanych mężczyzn, ruszających na poszukiwanie zbiegłej niedźwiedzicy. Miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć, co to było i czy warto szukać pierwszej litery tego czegoś w całym alfabecie. Dotarłam wystarczająco daleko, nie czułam zmęczenia. Nikogo tu nie było. Przedarłam się przez zarośla i usiadłam na brzegu.
Woda miała kolor akwamarynu. Powietrze pachniało śniegiem. Wszystko było tak, jak planowałam: cicho i bezludnie, niewiarygodnie pięknie. Po prostu ze mną zostań, powiedział Rafael dwadzieścia lat temu. Muszę wracać, odpowiedziałam, ale to też już nie miało znaczenia. I wtedy ją zobaczyłam. Podobnie jak ja siedziała na kamieniach, patrząc na płynącą Aare. Poczułam zapach jej sierści. Pachniała wolnością.
Ucieczka niedźwiedzicy
Zachwycająca opowieść autorki bestsellerowego Gorzko, gorzkoUcieczka niedźwiedzicy to wielowarstwowa historia o nierzadko dramatycznym uwalnianiu się z dotychczasowego życia, o poszukiwaniach w mrokach niepamięci wydarzeń – bolesnych i świetlistych – które mogą stać się bramą do wolności, nowym otwarciem. W świecie, który misternie tworzy Joanna Bator, postaci pojawiają się i z...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book