Mężczyzna ściągnął kaptur i wytarł pot z czoła. Splunął na spętaną bandażami ofiarę. Mógł jej dodatkowo naubliżać, zadać jej jeszcze więcej bólu, upodlić ją. Zrezygnował jednak. Nie miał już na to siły, poza tym niczego by to nie zmieniło. Zrozumiał, że i tak nic nie poczuje. Nawet satysfakcji. Prędzej wstyd i obrzydzenie. Chyba też lęk, niedefiniowalny, ale jednak namacalny. Unoszący się pomiędzy fruwającymi w powietrzu drobinkami cementu, podlany wonią własnego potu i parującej krwi ofiary. Jego dusza i tak na zawsze będzie przeklęta. Jeszcze więcej cierpienia nic tu nie da. On swoje zrobił. Już niedługo pozostanie posprzątać i pomyśleć, co dalej. Jak jeść, jak oddychać, jak żyć z tą traumą, która przecież nigdy nie odejdzie. Pozostanie w nim na zawsze. Zresztą nie tylko z nim…