Wróciłam po zmroku, zaparkowałam konia w stajni, a potem jeszcze przez pół godziny obserwowałam przez szparę we wrotach dziedziniec honorowy, żeby się upewnić, że wszystkie „koczkodany" pożegnały już Kostkę. We wszystkich oknach było ciemno i panowała absolutna cisza, więc wydawało się, że Kostkę opuścili również moi towarzysze niedoli wraz z psami. Skrzypienie schodów pod moimi stopami słychać było w całym zamku, a ja na piątym stopniu zaczęłam się zastanawiać, którędy uciekać, gdy pojawi się przede mną facet w kasku hokejowym i z włączoną piłą motorową. Na szczęście nie doszło do żadnej masakry, choć wszyscy leżeli jak zabici. Oddychali. Było wpół do siódmej wieczorem, a cała załoga Kostki w większości chrapała. Nikt nie dał rady włożyć piżamy. Milada i matka przynajmniej zdjęły buty. „Martwa" była nawet Deniska, która przecież, podobnie jak Nowy Jork, nigdy nie zasypia. Jedynym czuwającym stworzeniem, na jakie natrafiłam, była kamerzystka Ema. Leżała w swoim pokoju na podłodze i oglądała na monitorze swoje dzisiejsze „łupy". Po raz pierwszy widziałam ją bez kamery.