Przed oczami stanęły mu twarze wszystkich winnych. Jako jeden z nielicznych widział ich prawdziwe oblicza. Wredne, nikczemne, podłe ryje, które na co dzień uśmiechały się zdradziecko do kamer, aby w zaciszu knuć i szczerzyć kły. Ludzie nie mieli pojęcia, co kryje się pod tymi wypacykowanymi maskami, za wzniosłymi hasłami, które tak namiętnie głoszą, aby tylko nasycić niepohamowany głód władzy.
Władza.
Jedyny głód, którego nie da się zaspokoić. Władza jest gorsza niż najbardziej uzależniający narkotyk. Posmakowanie z koryta zmienia ludzi, łamie kręgosłupy jak zapałki, a moralność przestaje istnieć.
Skrzywił się na tę myśl. O moralności zawsze najwięcej mówili ci, którzy nie mieli o niej zielonego pojęcia.
Poczuł w kieszeni wibrację telefonu. Musiał odebrać.
– Jesteś potrzebny – usłyszał.
– Za godzinę. Tam gdzie ostatnio – odparł i się rozłączył.