Spojrzał na zegarek i schował smartfon do kieszeni. Raz jeszcze przyjrzał się wiszącej na żyrandolu kobiecie. Jej sukienka znów zafalowała przy podmuchu wiatru, a z ust wylazła kolejna mucha, która przespacerowała się po policzku i zniknęła w uchu. Drgnęła mu powieka, poczuł, jakby jakaś żywa istota wykluła mu się w żołądku i teraz drapała pazurami w poszukiwaniu wyjścia z pułapki. Znów zamknął powieki. Stanęły mu przed oczami oblicza wszystkich winnych. I dwa groby.
Zacisnął pięść z taką siłą, że zatrzeszczały wszystkie ścięgna, a w trzymanej reklamówce zagrzechotały znicze. Z dworu poniósł się sygnał policyjnych syren i odgłos śmieciarki opróżniającej kosze. Głosy pracowników, krzyki grających w piłkę dzieci. Ćwierkanie ptaków. Stukot obcasów jakiejś bezimiennej kobiety.
Istota w jego wnętrzu coraz gwałtowniej zaczęła szarpać jego trzewia. Czuł jej ostre jak brzytwa pazury. Wpijały się w ścianki jego żołądka. Wiedział, że pragnie wydostać się na wolność. I jest piekielnie głodna.