Ojciec Joe Mike siedział na ziemi oparty plecami o tylną ścianę domu Keatingów, anektując skrawek cienia. Trzymał kubek z sokiem i dżinem na kolanie przydziałowych czarnych spodni. Księżowskich spodni. Pił czwartego albo trzeciego drinka, dokładnie nie pamiętał, ale nie przejmował się tym, bo były bardzo małe. Starał się ułożyć w głowie kazanie na najbliższą niedzielę. Chciał opowiedzieć parafianom, tym nielicznym, których nie było teraz na podwórku za domem Keatingów, jak rozegrał się tu dzisiaj cud rozmnożenia chleba i ryb, lecz nie potrafił znaleźć sposobu, żeby usunąć z tej historii alkohol. Nie uważał, że naprawdę był świadkiem cudu – nikt tak nie myślał – ale znalazł doskonałe wyjaśnienie tego, jak mogło dojść do cudu w czasach Chrystusa. Owszem, Albert Cousins przyniósł na przyjęcie ogromną butelkę dżinu, ale z pewnością nie aż tak dużą, żeby zdołała napełnić, w pewnych przypadkach po wielekroć, kubki ponad setki gości, z których część właśnie tańczyła niespełna półtora metra od niego.