Teraz jego dzieci piły świeżo wyciśnięty sok, w ogóle się nad tym nie zastanawiając, tak jak on pił w dzieciństwie mleko. Wyciskali go z owoców zerwanych z drzew na własnym podwórku. Bert widział, jak w prawym przedramieniu jego żony Teresy twardnieją mięśnie od nieustannego obracania pomarańczy na wyciskarce, a ich dzieci tylko wyciągały kubki, czekając na dolewkę. Powiedział księdzu, że nie chciały pić nic innego jak sok pomarańczowy. Piły go codziennie rano do płatków zbożowych, Teresa zamrażała sok w silikonowych foremkach do lodów na patyku i podawała dzieciom jako popołudniową przekąskę, a wieczorem pili go we dwoje z lodem oraz wódką, burbonem albo dżinem. Chyba właśnie tego nikt nie rozumiał – nie było ważne, co się do niego dodaje, liczył się sam sok.
– Ludzie z Kalifornii o tym zapominają, bo są rozpieszczeni – powiedział Bert.
– To prawda – przyznał zdawkowo ojciec Joe Mike. Sam wychował się w Oceanside i nie mógł uwierzyć, że ten facet ma aż tyle do powiedzenia na temat soku pomarańczowego.