Dziedzictwo
Ann Patchett — Literatura

Bonnie X miała na sobie sukienkę w niebieskie astry, wystarczająco krótką, żeby ksiądz zaczął się zastanawiać, gdzie podziać oczy. Kobieta, ubierając się rano, prawdopodobnie nie przypuszczała, że jacyś mężczyźni będą siedzieli na ziemi, podczas gdy ona będzie stała. Miał ochotę zachować się po ojcowsku i powiedzieć, że nie tańczy, bo wyszedł z wprawy, ale był za młody na jej ojca, mimo że właśnie tak się do niego zwracała. Odrzekł zatem po prostu:

– To nie najlepszy pomysł.

A skoro mowa o nie najlepszych pomysłach, Bonnie X przykucnęła, myśląc zapewne, że znajdzie się dzięki temu na wysokości oczu księdza i będą mogli spokojnie porozmawiać, znów nie biorąc pod uwagę tego, gdzie wtedy wyląduje rąbek jej sukienki. Bieliznę też miała niebieską. Pasowała do astrów.

– Bo widzi ojciec, problem w tym, że wszyscy są żonaci – powiedziała, starając się, by ton jej głosu nie zdradzał zadowolenia. – I choć nie mam nic przeciwko tańczeniu z żonatymi facetami, bo moim zdaniem tańczenie nic nie znaczy, to oni wszyscy przyszli tu z żonami.

– A ich żony myślą, że to coś znaczy. – Starał się nie patrzeć jej teraz za długo w oczy.