Cousins nie szukał wprawdzie imprezy, na którą można by się wkręcić, lecz jego pytanie nie było całkiem niewinne. Nie znosił niedziel: uważano je za dni przeznaczone dla rodziny, więc trudno było wyrwać się z domu. W dni powszednie wychodził do pracy, gdy dzieci się budziły. Mierzwił im włosy, zostawiał żonie kilka poleceń i już go nie było. Gdy wracał wieczorem, już spały albo właśnie szły spać. Patrząc, jak wtulają się w poduszki, uważał, że są urocze i niezbędne w jego życiu. Myślał tak o nich od poniedziałkowego świtu aż do soboty rano. Ale w sobotnie poranki dzieci nie chciały dłużej spać. Cal i Holly rzucali się na jego klatkę piersiową, jeszcze zanim światło dnia zdążyło przeniknąć przez winylowe rolety, kłócąc się o coś, co nastąpiło w ciągu trzech minut, odkąd się obudzili. Gdy najmłodsza usłyszała, że rodzeństwo już wstało, natychmiast zaczynała się podciągać na prętach łóżeczka – była to jej nowa sztuczka – i wszelkie braki w prędkości nadrabiała uporem. Jeśli Teresa nie zdążyła podbiec i jej złapać, spadała na podłogę. Tym razem Teresa, choć była już na nogach, nie dała rady.