I właśnie tak zaczynał się ten dzień. Teresa mówiła, że musi zostawić dzieci w domu, żeby pojechać na zakupy, albo że ludzie mieszkający na rogu organizowali grilla, a przecież na ostatnim grillu nie byli. Co chwila wyło któreś z dzieci, najpierw solo, potem w duecie, a trzecie tylko czekało, by się przyłączyć. Następnie dwoje się uspokajało, żeby cykl mógł się rozpocząć od nowa. Mała wpadła prosto na szklane przesuwne drzwi i jeszcze przed śniadaniem rozcięła sobie czoło. Teresa przykucnęła na podłodze, żeby zakleić ranę maleńkimi plastrami w kształcie motylków, pytając przy tym Berta, czy jego zdaniem potrzebne są szwy. Na widok krwi zawsze czuł się niewyraźnie, więc odwrócił wzrok, mówiąc: „Nie, żadnych szwów”. Holly płakała, dlatego że mała płakała, i powiedziała, że boli ją głowa. Do tego nigdzie nie było widać Cala, mimo że krzyk, czy to którejś z sióstr, czy to rodziców, zwykle błyskawicznie ściągał go z powrotem. Chłopak lubił kłopoty. Teresa z palcami upaćkanymi krwią niemowlęcia spojrzała na męża i spytała, gdzie podział się Cal.