Cousins nie pamiętał szczegółów konkretnych kradzieży samochodów, chyba że zwinięto je w ostatnim miesiącu, a jeśli był bardzo zajęty, mógł sięgnąć pamięcią tylko tydzień wstecz. Kradzieże samochodów to był jego chleb powszedni. Gdyby w Los Angeles nie podprowadzano aut, gliniarze i zastępcy prokuratora okręgowego całymi dniami graliby na biurkach w brydża, czekając na wieści o jakimś morderstwie. Wszystkie kradzieże były takie same – jedne samochody natychmiast opychano, inne rozkręcano na części – i każdą z nich zapominało się równie szybko jak pozostałe, chyba że dokonywał jej gość zainteresowany wyłącznie czerwonymi el camino.
– D’Agostino – powiedział Cousins, po czym powtórzył to nazwisko, bo nie miał pojęcia, skąd u niego ten przebłysk pamięci. Właśnie taki był ten dzień, dzień pozbawiony uzasadnień.
Fix z uznaniem pokręcił głową.
– Mógłbym tu siedzieć cały dzień, a bym tego nie wymyślił. Ale tak, pamiętam go. Uważał, że ograniczanie się do jednej marki to jakiś wyznacznik klasy.
Przez chwilę Cousins czuł się prawie jak jasnowidz albo jakby miał przed sobą otwarte akta.