Dziedzictwo
Ann Patchett — Literatura

Albert Cousins podał reklamówkę gospodarzowi i Fix zajrzał do środka. Była tam butelka dżinu, i to duża. Inni przynieśli święte obrazki, różańce z macicy perłowej albo kieszonkowe Biblie w oprawie z białej cielęcej skóry i ze złoconymi brzegami. Pięciu chłopaków, albo raczej ich pięć żon, zrzuciło się na niebieski krzyżyk zdobiony emalią i z malutką perłą pośrodku, zawieszony na łańcuszku, bardzo ładny, na pamiątkę.

– Czyli macie córkę i syna?

– Dwie córki.

Cousins wzruszył ramionami.

– Co poradzisz.

– Nic a nic – powiedział Fix i zamknął drzwi. Beverly kazała mu zostawić je otwarte, żeby do środka wpadało trochę świeżego powietrza, co tylko dowodziło, jak niewiele wiedziała na temat okrucieństwa człowieka wobec drugiego człowieka. To, ile osób jest w domu, nie ma znaczenia. Nie zostawia się otwartych drzwi, do diabła.

Beverly wychyliła się z kuchni. Lekko licząc, stało między nimi ze trzydzieści osób – cały klan Meloyów, wszyscy DeMatteowie, garstka ministrantów przekopująca się przez resztki ciastek – ale nie sposób było nie zauważyć Beverly. Ta żółta sukienka.

– Fix? – powiedziała, podnosząc głos, tak żeby usłyszał ją mimo wrzawy.