Gdy Hans Koch miał dobry humor, łaskotał córkę w boczki, pod paszkami, i żartobliwie nazywał części tuszy swojego prosiaczka, by już za młodu dobrze przyswoiła sobie wiedzę na temat karkówki czy schabu, niezbędną, by z nim pracować. Berta lubiła jego pieszczoty, dotyk wielkich ciepłych dłoni, czasem wołała, Przestań!, gdy już się prawie dusiła ze śmiechu, albo, Nie chuchaj!, gdy owionął ją jego oddech piwosza i mięsożercy. Na początku to jej wystarczało, miała ojca, Trudi i mleczną siostrę Magdę, lecz ziarno wątpliwości posiała w niej ta ostatnia, czarnowłosa, silna istotka, której nie imały się żadne choroby wieku dziecięcego, jakby mikroby wiedziały, że w organizmie nieślubnej córki służącej nikt nie poświęci im należytej uwagi. Gdy Trudi Tabach sprzątała, jej córka plątała się pod nogami, wyjadając okruchy i denerwując Hansa Kocha jak świński włos w galarecie. Znosił przyjaźń dziewczynek, choć jego zdaniem Magda Tabach nie była dla Berty odpowiednim towarzystwem, nawet jeśli Trudi utrzymywała, że nazywają się Taback, a w papierach to pomyłka.