Szanował Hans Koch ludzi o silnej ręce i takimż charakterze, a pod określeniem ludzie rozumiał na ogół tylko mężczyzn i, w drodze wyjątku, stare kobiety mające konkretny zawód, jak specjalizująca się w rwaniu zębów Hermenegilde Mock. Jaki ten stary kurew ma uchwyt, wzdychał z podziwem i w rodzaju męskim jeszcze długo po udanej ekstrakcji górnego trzonowca. Kiedy popili z kolegami, wołali Trudi Tabach i Hermenegildę, by się siłowały na rękę, zwyciężczyni dostawała piwo, a szanse były wyrównane. Ale żeby własna siostra wyrywała się z przeznaczonego jej miejsca i do tego nie wracała w sromocie? To go bolało, tym bardziej że ucieczka Ingeborg stała się wiejską legendą i opowiadano cuda o tym, jak świetnie sobie radzi w świecie, pławiąc się w bogactwie. Często przypominała się Hansowi ta ładna, pyskata siostra o potężnych biodrach i myślał, że gdyby Ingeborg pozostała w pobliżu, może nawet zamieszkała z nimi, lepiej radziłby sobie z córką. Pamiętał, jak razem pod okiem matki robili wędliny i jak go strofowała, naśladując rodzicielkę, że to czy tamto robi źle i jest głupi, a on w rewanżu szczypał jej tłuste ramiona.