Hans Koch, jak plotkowano we wsi, lubił baby i myślano, że pewnie go w końcu jakaś usidli, nie ma siły, bo i ciągle kawał chłopa, i co ważniejsze, dom ma porządny i praca mu się w rękach pali, ale żadnej chętnej się nie udało. Widok rosłego mężczyzny o słusznym brzuchu świadczącym o zamożności, kroczącego z małą dziewczynką, budził w samotnych kobietach pragnienie przywłaszczenia sobie tej prawie już gotowej rodziny i rozbudowania jej o nowe dzieci. Nawet sąsiadkę Kochów, Liselotte Wagenknecht, matkę dziewięciu synów, uchodzącą w wieku lat trzydziestu ośmiu za zbyt starą na takie rzeczy, wzięła chęć, by spróbować urodzić dziesiątego. Najgorliwszy w próbie znalezienia macochy dla półsieroty i współwłaścicielki dla nieruchomości Hansa Kocha był Alfred Mittmann, właściciel pensjonatu „Storchberg”, który usiłował naraić mu swoją wciąż niezamężną siostrę, zalegającą u niego jak powoli rozkładająca się tartinka.