Ostre igły lodu, bo to nie był już śnieg, a marznąca mżawka, siekły go po twarzy. Nie widział dalej niż na wyciągnięcie ręki. Światła Betlejemki zgasły niemal natychmiast. Jak odnajdzie zaginioną dziewczynę? Nie miał pojęcia. Wiedział tylko, że nie może odejść zbyt daleko od chaty, bo sam się pogubi. Szlak był oznaczony – owszem – starymi tyczkami maźniętymi łuszczącą się farbą. Może w słoneczny dzień byłby widoczny, ale nie teraz. Musiał zdać się na samego siebie, na instynkt człowieka gór.
Brnął przez zamieć, jakimś cudem trafiając na kolejne oznaczenia. Może przy którymś z nich kuli się zagubiona dziewczyna? Może na nią trafi?
Po długich dwóch kwadransach, cały czas na szlaku, mignęło mu w ciemnościach nikłe światełko. I czerwona kurtka, która zalśniła dwoma odblaskami w strumieniu jego latarki. Przyspieszył, chociaż marsz przez zapadający się pod nogami śnieg był mordęgą. Dopadł skulonego kształtu. Dziewczyna podniosła na niego półprzytomne oczy. Sine usta ułożyły się w jakiś wyraz, ale nie zdołała nic powiedzieć.