On też bez słowa, bo przez wycie wiatru i tak nie słyszeliby siebie nawzajem, postawił ją na nogi. W tym momencie poleciała bezwładnie w śnieg. Zemdlała. Pochwycił ją na ręce. Nie miał wyboru, musiał zanieść dziewczynę do chaty.
Brnął przez śnieg i zawieję, niosąc na rękach gasnące życie. Musiał zdążyć. Musiał donieść dziewczynę tam, gdzie będzie bezpieczna, zanim płomień, który tlił się w niej ostatkiem sił, zgaśnie całkiem. Z trudem stawiając kolejne kroki, dotarł do skalnego załomu. Tu mógł złapać oddech. Tu wicher nie wwiercał się w mózg, zamieć nie miotała w twarz miriadów igieł.
Złożył dziewczynę na śniegu, objął ją mocno, przytulił do piersi, pragnąc oddać jej trochę swojego ciepła. Uniosła powieki, spojrzała mu w oczy, znów próbując coś powiedzieć.
– Będzie dobrze, wytrzymaj. – W jego głosie zabrzmiała prośba, tak, ale i nakaz. – Musisz się trzymać. Jestem przy tobie.
Kiwnęła głową. Powieki opadły. Dotknęła policzkiem jego policzka.
„Mógłbym tak zostać” – przemknęło mu przez coraz bardziej zmęczony umysł. „Z nieznajomą dziewczyną w ramionach…”
Poderwał głowę, potarł twarz dłonią. O mało co by nie zasnął! A to znaczyło śmierć i dla niego, i dla niej.