– Chodź, musimy iść dalej. – Potrząsnął nią. Głowa opadła jej bezwładnie. W panice poklepał ją po policzku. – Nie możesz umrzeć! Otwórz oczy, słyszysz?!
Uniosła powieki może na milimetr. Odetchnął z ulgą. Żyła. Jego wysiłek nie szedł na marne. Podniósł się i ruszył dalej, krok po kroku, coraz bardziej przygniatany ciężarem dziewczyny. Nawet przez sekundę nie pomyślał, że może ją zostawić, ratować samego siebie…
Światła w oknach chaty przywitał jak najpiękniejszy bożonarodzeniowy prezent. Jakby dostał od losu drugie życie. Chłopak, który doszedł już widać do siebie, otworzył drzwi w momencie, gdy przed nimi stanął. Chwycił dziewczynę z jego mdlejących rąk. Poniósł do środka.
Mógł odpocząć. Mógł opaść na krzesło, oprzeć głowę na ramionach i…
Zamknął oczy tylko na chwilę.
– Proszę pana, panie ratowniku! – Głos chłopaka wyrwał go ze stanu półomdlenia. – Ona mówi, że tam jest ktoś jeszcze! Jej chłopak został na szlaku!
Zacisnął powieki. To nie może być prawda… nie dziś, na miłość boską, nie teraz!…
Wstał i ledwo poruszając nogami, podszedł do łóżka, gdzie nakryta kołdrą i kocem leżała blada jak śmierć, wstrząsana dreszczami dziewczyna.