– Proszę… proszę… on tam został… mój chłopak… – zaszeptała, widząc pochylającą się ku niej twarz ratownika. – Musisz po niego wrócić… musisz go uratować… – Chwyciła go za rękę. Jej oczy, lśniące w blasku ognia, a może od łez, błagały bez słów.
„Musisz go uratować…”
Bez słowa, tak jak poprzednio, zawrócił do drzwi. Chłopak, blady z przestrachu, podał mu kubek herbaty. Parząc sobie usta, wypił ją niemal jednym haustem i czując przypływ sił, zapiął suwak kurtki, wysoko, naciągnął kaptur na mokre włosy, raz jeszcze połączył się z bazą, zarzucił na ramiona plecak, dokładnie dopinając jego sprzączki, i wyszedł, po raz trzeci, wprost w lodowate objęcia wichru.
Znów szedł niemal na oślep, wypatrując oznaczeń szlaku. Krok za krokiem. Tylko żelazna siła woli i to, do czego został powołany: nieść pomoc zagrożonym istnieniom, zmuszały go do stawiania kolejnych.
Minął skalny załom, gdzie odpoczywał z dziewczyną, i szedł dalej. Minął miejsce, gdzie prawdopodobnie ją znalazł, i szedł dalej. Jeszcze kwadrans i będzie musiał za-wrócić…
W tym momencie, gdy dotarło doń, że trzeba będzie się poddać, parę metrów przed sobą ujrzał skulony pod skalnym nawisem ludzki kształt, który poruszył się, wyprostował.