Śnieg przykryje
Michał Śmielak — Kryminały

Nalała ostrożnie zupy do talerza, modląc się w duchu, aby dłonie nie zaczęły jej ponownie drżeć, nie może rozlać tego pieprzonego krupniku, bo przecież go zdenerwuje. Znała ten scenariusz, przerabiała go latami. Jeden nieuważny ruch, rozlana zupa, kawa, herbata. On wzdycha, po czym rozmazuje palcem rozchlapaną zawartość po stole, patrzy na nią z miną, która jasno mówi, że nie ma już do niej siły, że ileż można, że na litość boską. Jeśli ma dobry dzień, to kończy się na jakimś słownym docinku, jeśli nieco gorszy, to ściąga wszystko z obrusem na podłogę, tłumacząc, że nie jest świnią, więc w chlewie jadł nie będzie. Z tym że tych dobrych prawie nie miewa, te gorsze dużo częściej, a trafiają się też te bardzo złe, gdy wstaje, łapie ją za głowę i z impetem uderza nią o stół, przyciska do rozlanej zupy, wylewa resztę z talerza na jej twarz, nie bacząc na to, że zupa jest gorąca, i żeby dobrze sobie zapamiętała, bo widocznie z pamięcią u niej nie za dobrze, wali jej głową o stół kilka razy. Sztućce i cukierniczka dzwonią w rytm uderzeń.

Jaki dzień jest dzisiaj? Spokojny? Czy też ten bardziej nerwowy?