Nie dowie się, bo trzykrotnie nabiera zupy chochelką, by przelać zawartość do talerza, i ani razu nie roni nawet kropli. Coś w jej wnętrzu podnosi ręce w geście zwycięstwa, a do niej wszystko wraca, wraca coś, czego miała już nigdy w życiu nie czuć.
– A gdzie chleb?
– Skończył się.
– Aż tak nam źle się wiedzie, że na chleb nie ma?
– Nie byłam dzisiaj w sklepie.
– To coś robiła cały dzień, próżniacka łajzo?
Nagle ktoś mocno zapukał do drzwi, jej ręka podskoczyła z zaskoczenia i na stole wylądował szary kleks z kilkoma ziarnami kaszy.
– Kogóż niesie, do cholery? – Rysiek chwycił za łyżkę. – Idź zobacz, a potem zapierdalaj po chleb.
Halina odstawiła garnek na kuchenkę i ruszyła szybko do drzwi, przynaglana kolejnym pukaniem. Nie spojrzała przez wizjer, otworzyła od razu i zobaczyła w progu Pawła, przyjaciela jej syna. Z uczucia ulgi aż zrobiło się jej słabo, poczuła, jakby ten chłopak przywrócił ją do rzeczywistości, która znikła w momencie pojawienia się w mieszkaniu męża.
– Dzień dobry, ciociu – przywitał ją Paweł, który od lat tak ją nazywał, mimo iż nie łączyło ich żadne pokrewieństwo. – Piotrek mówił, że pilna sprawa, obiadu mi nie pozwolił dokończyć.