Stanął przed drzwiami i chwycił za klamkę, ale było zamknięte. Czyli Haliny nie było w domu. Poszła na zakupy, pewnie spotkała jakąś koleżankę i teraz plotkują, kwoki zasrane. Domu nie miała? Pomacał kieszenie i zaklął, bo w żadnej nie znalazł kluczy. No tak, przecież nie miał torby, zostawił w robocie, a w niej klucze. Żeby tylko ta franca jedna szybko wróciła, bo nie będzie stał tutaj jak te widły w gnoju. Na szczęście zamki zazgrzytały głośno i drzwi się uchyliły. Żona stała w nich, wpatrując się w niego z otwartymi ustami.
– Coś taka zdziwiona? – Wszedł do mieszkania, trącając ją barkiem. – Gacha jakiegoś chowasz? Który by cię chciał, chyba ślepy.
Zrzucił buty w przedpokoju, zdjął także kurtkę i wszedł do kuchni.
– Nic żeś nie ugotowała?! – zawołał, czując, jak nerwy mu puszczają, bo na stole było pusto i nic nie pachniało w powietrzu. – Cały dzień na dupie siedziałaś i nawet zupy nie ma? Coś ty, kurwa, robiła, co?
– Rysiek? – zapytała drżącym głosem.
– A kogoś się, kurwa, spodziewała? – zakpił, idąc ku niej. – Ducha Świętego? Zegarka nie masz? Czy już w tym durnym łbie tak pusto, że nie wiesz, na którą obiad ma być?!