O matko, jaka ona była brzydka. Trzydzieści pięć lat, a wyglądała jak stare babsko. Jak można się tak zapuścić?! Zmarszczki na twarzy aż kłuły w oczy, już jej nawet włosy siwiały, mogła sobie jakąś trwałą zrobić albo co, a nie tak łazić. Wstyd! Co ona, lustra nie miała? Od tego nieróbstwa to się jej całkiem w dupie poprzewracało. Tak podobno jest, że jak człowiek nic cały dzień nie robi, to brudem zarasta. On zapierdalał w hucie jak bury osioł, a tej się nawet obiadu nie chciało ugotować. Zacisnął pięść, czując, że znowu ponoszą go nerwy, ale weź się tu, człowieku, nie denerwuj, no nie da się. Choćbyś chciał, to się nie da, jak żyjesz z próżniakiem.
– Mam obiad, zaraz ci przygrzeję – powiedziała płaczliwie, co go nieco uspokoiło.
– Ryby kupiłaś? – rzucił ostro.
– Ryby?
– No, kurwa, ryby! Karpia i śledzia.
– Ja… ja…
– Ja… aaa… uuu… – zaczął ją przedrzeźniać.
– Kupiłam – odpowiedziała szybko, cofając się o pół kroku, co od razu poprawiło mu humor, dobrze, niech czuje respekt.
– A Piotrek w szkole jeszcze? – Rozejrzał się za synem.
– Tak – odparła tym razem bez sekundy zastanowienia.
– Kolejny darmozjad – skomentował, po czym usiadł za stołem.