– Bon! C’était bon!11 – Już zsuwał się z grzbietu Gerontiusa, masując dłonią końskie łopatki. Dresseur odprowadził konia. Jak przez mgłę docierały do niego okrzyki aprobaty, a potem zmiana tempa muzyki na arenie i widok dwóch innych écuyers za czerwoną kurtyną, którzy wykonywali własne manewry, prowadząc konie na długich uzdach.
– Phantasme jest bardzo zdenerwowany. – Stanął przed nim stajenny, który z troską zmarszczył grube czarne brwi. Udzielił nagany szaremu rumakowi, który kręcił się wokół nich. – Uważaj na niego, Henri.
– Poradzi sobie – odparł Henri z roztargnieniem, podnosząc czapkę, by otrzeć pot z czoła.
Stajenny wręczył uzdę czekającym za nim jeźdźcom, po czym odwrócił się do Henriego i ostrożnie zdjął mu czapkę. Ten manewr wykonywało się z odkrytą głową, aby uniknąć ryzyka związanego z tym, że czapka może się zsunąć, ale bez niej Henri zawsze czuł się osobliwie obnażony.
Spojrzał na stalowoszarego wałacha, który wkroczył na arenę z szyją ciemną od potu, z obu stron otoczony ludźmi.
– Idź. No już. Idź. – Dresseur otrzepał tył jego kurtki, po czym wepchnął go na arenę.
Konia otaczali trzej écuyer – dwaj z przodu i jeden z tyłu.