We wspólnym rytmie
Jojo Moyes — Literatura

Konie zarżały i rozpierzchły się. Mężczyźni krzyczeli. Picart leżał na piasku z dłonią przyciśniętą do twarzy i oczami zogromniałymi z szoku. W końcu podniósł się i rzucił na Henriego, staranował go głową, pozbawiając go tchu. Taki ruch mógłby powalić większego mężczyznę, a Henri miał tylko metr siedemdziesiąt wzrostu, ale pomogło mu dzieciństwo, podczas którego takie bójki były powszechne, oraz sześć lat w Gwardii Narodowej. Po kilku sekundach siedział na Picarcie i okładał pięściami jego twarz, policzki i tors z wściekłością, która wzbierała w nim od kilku miesięcy.

Jego knykcie napotkały coś twardego i skóra na nich pękła. Jego lewe oko spuchło na skutek brutalnego ciosu. Miał piasek w ustach. A potem jakieś ręce zaczęły go odciągać, bić, rugały go uniesione z niedowierzania głosy.

– Picart! Lachapelle!

Mgła spowijająca jego wzrok rozwiała się, wstał, plując i chwiejąc się. Ktoś chwycił go za ramiona, jego uszy wciąż wypełniało smyczkowe adagio rozlegające się za kurtyną. Grand Dieu stał przed nim z twarzą czerwoną z gniewu.

– Co. To. Do cholery. Jest?

Henri pokręcił głową, zauważając przy tym rozpraszające się kropelki krwi.