We wspólnym rytmie
Jojo Moyes — Literatura

Florence nie znała francuskiego na tyle, by zrozumieć jego słowa, ale dostrzegła przelotny grymas na twarzy Picarta, który zdradził, że komentarz Francuza nie był pochlebny.

Henri to zauważył i ogarnął go znajomy gniew. Zacisnął zęby. Pokręcił głową, pragnąc przekazać Florence, że Picart to głupiec, który nic nie znaczy. Picart zachowywał się w ten sposób – obraźliwie, prowokacyjnie – od podróży do Anglii, podczas której Henri poznał Florence. Angielki nie mają klasy, krzyknął potem w kantynie. Henri wiedział, że te słowa są skierowane do niego. Nie potrafią się ubrać. Jedzą jak świnie przy korycie. Przespałyby się z każdym za kilka franków albo za równowartość pinta tego ich kwaśnego piwa.

Upłynęło wiele tygodni, zanim zrozumiał, że gniew Picarta niewiele ma wspólnego z Florence, za to wszystko z faktem, że jego miejsce w Le Cadre Noir zajął syn farmera. Nie żeby dzięki temu łatwiej się tego słuchało.

Głos Picarta niósł się po podwórzu:

– Podobno przy quai1 Lucien Gautier wynajmują pokoje na godziny. To chyba bardziej odpowiednie miejsce niż stajnie, n’est-ce pas2?

Henri zacisnął palce wokół dłoni Florence. Próbując zapanować nad sobą, odparł: