– Odbiło ci?! Dlaczego mnie nie obudziłaś? Wiesz, która jest teraz… – przerwałem nagle, bo poczułem, że nadepnąłem na coś gąbczastego. Nie wierzyłem własnym oczom.
Żona siedziała w kucki na podłodze ze spuszczonymi w dół, potarganymi włosami, wciąż ubrana w tę samą koszulę nocną co minionej nocy. Dookoła niej leżały czarne i białe worki foliowe oraz hermetycznie zamykane plastikowe pojemniki: wołowina na shabu-shabu, boczek, para ogromnych nóżek cielęcych, zapakowane w folię spożywczą kalmary, dokładnie wypatroszony i przysłany niedawno przez teściową węgorz, związane żółtym sznurkiem suszone kulbiny, nierozpieczętowane jeszcze opakowanie mrożonych pierożków i wiele innych pakunków, których zawartości nie znałem. Nie było gdzie postawić nogi. Szeleszcząc torbami, wkładała je wszystkie po kolei do ogromnego worka na śmieci.
– Co robisz, do licha?! – wydarłem się, tracąc nad sobą kontrolę.
Podobnie jak zeszłej nocy całkowicie mnie ignorowała i nadal wkładała pakunki z mięsem do śmieci. Wołowinę oraz wieprzowinę, poćwiartowanego na kawałki kurczaka, morskiego węgorza wartego przynajmniej dwieście tysięcy wonów.
– Straciłaś rozum? Po co to wszystko wywalasz?