– No więc właśnie… Pani mecenas wysłała dwójkę praktykantów do tej kobiety z telewizji, która…
– A, no. Trzeba było tak od razu.
Młody głośno przełknął ślinę, a pierwsze krople potu zaanonsowały swoją obecność tuż przy linii włosów na czole.
– Wysłałaś tam brojlery z noryobory? – jęknął Kordian.
– Jak tylko zobaczyłam relację na NSI. Szybki telefon i wiedziałam, skąd nadaje ta siksa, jeszcze zanim cały świat zobaczył nazwę ulicy.
– Lepiej być nie może…
– W dodatku to dwójka naszych najlepszych, najbardziej perspektywicznych ludzi. Studiowali w Zurychu, mają jakieś doktoraty i…
– I nawet nie kojarzyłaś ich z imion.
– Bo posługuję się ich nazwiskami.
– Ta? I jak niby brzmią?
– Drzach i Suchy.
Zordon przechylił głowę na bok, przypatrując jej się uważnie. Wciąż niesamowitą frajdę sprawiało jej to, że po tylu latach bliskiej znajomości znał ją na wylot, a jednocześnie nigdy nie potrafił stwierdzić, czy robi sobie jaja, czy nie.
– Śledzę losy naszych młodych następców, Zordon.
– Jasne.
Chłopak stojący w progu cicho odchrząknął, chcąc w jak najmniej inwazyjny sposób o sobie przypomnieć. Chyłka przeniosła na niego wzrok.
– Dobra – rzuciła. – Udało im się czy nie?
– To znaczy… jakby…