– Potrzebujemy poparcia wśród wspólników, Zordon – dodała Joanna. – A nie zdobędziemy go, broniąc niesłusznie skazanych, wysiedlonych i skrzywdzonych. Musimy ustrzelić jakąś naprawdę głośną sprawę, a ta z pewnością taka będzie.
Chyłka usiadła za biurkiem, po czym wyłożyła nogi na blacie i sięgnęła po komórkę.
– Głośną? – odparł pod nosem Oryński. – Ona będzie ogłuszająca. Ale wątpię, czy w tym dobrym sensie.
– W najlepszym.
– Aha.
– Dzięki czemu zwycięstwo w sądzie wybrzmi jak wiertarka u sąsiada w spokojny weekendowy poranek.
Kordian nie wydawał się przekonany.
– Porażka będzie równie donośna – zauważył.
– No i? Ktoś zamierza przegrywać?
– Raczej nikt nigdy – odparł cicho Oryński. – Ale zamiar to jedno, a rzeczywistość to drugie.
– W moim przypadku to są rzeczy równoznaczne.
Na tym etapie musiał już wiedzieć, że nie istnieje żaden hipotetyczny sposób na przekonanie jej, że to zły pomysł. Mimo to się nie poddawał.
– Jeśli zostawiła tam dziecko, bo mocno zachlała, to w najlepszym wypadku ugrasz nieumyślne spowodowanie śmierci – powiedział Zordon. – Tyle że w takim wypadku ktoś widziałby wózek, zareagowałby szybciej. Na placu zabaw musieli być przecież ludzie.