Ojciec, kuśtykając, podszedł do kolejnego panelu. Nacisnął duży zielony przycisk i dźwig powoli uniósł sieć, która teraz tworzyła coś podobnego do wielkiej sakiewki. W jej środku wiły się wielką srebrną masą ryby, krewetki, kraby. Pomiędzy dwiema doradami Mateo dostrzegł macki ośmiornicy, uderzające to w jedną, to w drugą stronę, gdy zwierzę desperacko szukało drogi ucieczki. Zoran kontrolował ruch dźwigu, kiedy ich rybacki urobek przesuwał się z wody na pokład, aż w końcu uderzył weń z miękkim, nieprzyjemnym plaśnięciem. Ryby, przynajmniej te, które jeszcze żyły, zaczęły energiczniej się poruszać, jakby podjęły właśnie ostatnią próbę walki o życie.
– Bierzemy się – mruknął Zoran.
Mateo poprawił rękawice.
– Pamiętaj, z nóg, a nie z pleców – zażartował.
Zoran uśmiechnął się krzywo.
– Na trzy?
– Na trzy – potwierdził młodszy z braci.
Starszy nachylił się nad siecią i rozwiązał ją u spodu.
– Trzy.