Za granicą
Wojciech Chmielarz — Literatura

Cho­lera, za­klął w my­ślach Ma­teo. Za­sta­na­wiał się przez chwilę, co zła­pali. Może wo­rek ze śmie­ciami, ka­wał dry­fu­ją­cego drewna, ja­kąś bla­chę, która le­żała przez dzie­się­cio­le­cia na dnie, a te­raz po­de­rwał ją prąd mor­ski czy coś w tym stylu. Ta­kie rze­czy się zda­rzały. Rzadko, bo rzadko, ale się zda­rzały. Albo znowu tra­fili na cho­lerne me­duzy. U wy­brzeży Istrii pły­wały ta­kie, które wa­żyły na­wet dzie­sięć ki­lo­gra­mów. Wcze­śniej był z nimi gi­gan­tyczny pro­blem, szcze­gól­nie la­tem, kiedy w sie­ciach ry­bac­kich znaj­do­wano tylko ich obłe ga­la­re­to­wate ciała. Lu­dzie pi­sali wtedy do rządu, pro­sili o wspar­cie i urzą­dzali pro­te­sty, skar­żąc się, że przez cho­lerne me­duzy nie będą mieli co jeść. Ale te­raz był gru­dzień, tem­pe­ra­tura wody spa­dła. Me­duz po­winno być nie­wiele.

– Moc­niej – wark­nął Zo­ran.

Ma­teo po­słu­chał brata. Szar­pali sie­cią w jed­nym ryt­mie, to w lewo, to w prawo. Była tak ciężka, że od wy­siłku omdle­wały mu ra­miona. Nie był pe­wien, ile jesz­cze tak wy­trzyma. Czuł, jak pod ubra­niem, po ple­cach, spły­wają mu strużki potu. Ile tam jest tych me­duz, po­my­ślał ze zło­ścią. Pew­nie kil­ka­na­ście.