Za granicą
Wojciech Chmielarz — Literatura

– Rzuć­cie to! – Usły­szeli głos ojca.

W pierw­szej chwili nie zro­zu­mieli. W gło­wie szu­miała im krew. Za­ci­skali zęby, cał­ko­wi­cie sku­pieni na walce z sie­cią ry­backą.

– Rzuć­cie to! – po­wtó­rzył oj­ciec.

Ma­teo za­re­ago­wał pierw­szy. Pu­ścił i wes­tchnął z ulgą. Po nim zro­bił to brat. Roz­le­gło się nie­przy­jemne, głu­che pac­nię­cie, kiedy sieć ude­rzyła o mo­kry, po­kryty ry­bami po­kład.

– Cho­lera... – mruk­nął Zo­ran.

Ma­teo od wy­siłku za­krę­ciło się w gło­wie. Kuc­nął, pod­parł dłońmi czoło i przy­mknął po­wieki, cze­ka­jąc, aż mu się po­prawi. Kiedy otwo­rzył oczy, zo­ba­czył le­żące za­le­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów przed nim, za­wi­nięte w ry­backą sieć ludz­kie zwłoki. A wła­ści­wie to, co z nich zo­stało, więk­szość bo­wiem zo­stała wy­żarta do go­łych ko­ści przez ryby i kre­wetki. A także kraby, z któ­rych je­den wła­śnie wę­dro­wał po­mię­dzy kęp­kami wło­sów a trzy­ma­jącą się na reszt­kach skóry szczęką. Ciało było kom­plet­nie ubrane. Koń­czyny zwią­zane srebrną ta­śmą, te­raz na­de­rwaną, pew­nie przez kraby. Wo­kół za­czął się roz­no­sić spe­cy­ficzny za­pach. Jakby smród mar­twych ryb pod­nie­siony do kwa­dratu.