Siedział w wozie. Nie wiedział, jak długo. Silnik pracował miarowo, a on patrzył na leżącą przed nim na drodze kobietę w ciemnym dresie. Nienaturalnie powyginaną, z dziwnie przekrzywioną głową, rozpuszczonymi włosami, które ułożyły się tak, że przypominały teraz aureolę, i strużką krwi wypływającą z ust.
– Panie Boże... spraw, żeby to była sarna... – Usłyszał swój głos i dopiero wtedy wysiadł.
Szedł na miękkich nogach, zataczając się, z trudem stawiał kolejne kroki. Kiedy był już przy niej, opadł na kolana. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz.
– Proszę pani... Proszę pani... – powiedział i nagle beknął.
Zrobiło mu się niedobrze. Na czworakach pokonał dwa metry i zwymiotował boleśnie na mokrą ziemię. Wydawało mu się, że za chwilę straci przytomność.
Odwrócił się. Uderzył się otwartą dłonią w twarz i wrócił do kobiety. Chwycił ją za ramiona. Uniósł ją i potrząsnął nią mocno.
– Proszę pani... Proszę pani... – powtarzał, ale jej głowa latała jak u szmacianej lalki.