Przyśpieszył, bo chciał być już w domu. Droga była wąska i nierówna, oświetlały ją tylko reflektory jego citroëna, ale znał ją na pamięć. Pamiętał każdą dziurę i mógł dojechać do celu nawet z zamkniętymi oczami.
I chyba nawet je zamknął. Może dlatego, że tak głośno się śmiał. A może fala ulgi i gorące powietrze wiejące mu prosto w twarz sprawiły, że zasnął na moment, na dosłownie kilka sekund, pokonany przez zmęczenie, stres i alkohol.
Nie widział jej.
Nie powinno jej tutaj być. Nie w środku nocy. Nie o tej porze.
Nie widział jej.
Tylko usłyszał, jak uderza w nią rozpędzonym samochodem.
Huk, jakby ktoś walnął w maskę wielkim młotkiem.
Krzyknął, przestraszony. Otworzył oczy. Zobaczył jeszcze, jak kobieta leci w górę, jakby poderwana przez ogromną siłę, a potem uderza głową w pień rosnącej nieopodal sosny.
Zahamował gwałtownie. Pas wbił mu się boleśnie w pierś.