Na pewno był na kempingu. Potrzebował narzędzi. Wziął ze składziku folię, łopatę i kilof. Potem jechał. Najpierw tą samą ciemną, nierówną drogą, którą tak dobrze znał, a która tak okrutnie go zdradziła. Na Przełęcz Kowarską, a później przez las, w stronę granicy z Czechami na przełęczy Okraj. Tam droga się rozgałęziała i pojechał w lewo, w dół, na Lubawkę, i jakąś ścieżką, na której nigdy nie był, a która zaprowadziła go na polanę. Tam wysiadł. Znalazł miejsce na skraju lasu, wykopał dół, wsadził do niego ciało owinięte w folię i je zakopał. Rzucił na grób gałęzie oraz paprocie wyrwane z ziemi.
Kiedy wrócił na kemping, był wykończony. Bolało go całe ciało, wszystkie mięśnie, kręciło mu się w głowie. Położył się od razu do łóżka, nawet nie wziąwszy prysznica, ale tylko przewracał się z boku na bok, szlochał albo wył w poduszkę.
Nie potrafił zasnąć.