Plan miał taki, że najpierw przejdzie się kowarskimi uliczkami. Niedaleko, może przemaszeruje w dół i w górę starówki, do urzędu miasta i z powrotem, otrzeźwieje trochę. Ale znowu zaczęło siąpić. Przeklęta karkonoska mżawka. Lodowata, gęsta, przenikająca do szpiku kości. Wsiadł więc do samochodu, odpalił silnik, nastawił ogrzewanie na maksa i obiecał sobie, że nie będzie się śpieszył. Zresztą nie miał daleko, a do tego drogą głównie przez las, gdzie nigdy nikogo o tej porze nie było. Byleby tylko tam dojechać.
Ruszył spokojnie. Jechał nie więcej niż trzydzieści kilometrów na godzinę. Ściskał mocno kierownicę, wychylał się lekko do przodu i marszczył brwi, mając nadzieję, że to pomoże na rozchwiany, rozmazujący się obraz przed oczami. Beknął przeciągle. Ciepłe powietrze z nawiewu uderzało go prosto w twarz.
Wkrótce wyjechał na obwodnicę Kowar. Tam lekko przyśpieszył, bo o tej porze droga była prawie pusta, a on chciał jak najszybciej dotrzeć do domu i położyć się spać.