Zbędni
Wojciech Chmielarz — Kryminalne i sensacyjne

Po­wstrzy­mała go jedna z nie­licz­nych roz­sąd­nych jesz­cze ko­mó­rek w jego mó­zgu. Za­ci­snął zęby.

Prze­stał na mo­ment my­śleć o po­li­cjan­tach i za­czął w du­chu prze­kli­nać Wójta. Gdyby nie on, nie wpa­ko­wałby się w te kło­poty. Zjadłby obiad, wy­pił jedno piwo i wró­cił do sie­bie. Tyle. Ale Wójt mu­siał go na­ma­wiać, wier­cić mu dziurę w brzu­chu, po­sta­wił na­wet tego bro­wara. Jakby źle Jaś­kowi ży­czył. Jakby spo­dzie­wał się, że coś ta­kiego się zda­rzy.

A może to on na­słał na niego po­li­cjan­tów? Za­dzwo­nił do nich albo wy­słał ano­ni­mowy cynk, że Ja­siek wy­pił tro­chę za dużo?

Za­czął zwal­niać, za­nim jesz­cze do­je­chał do Prze­łę­czy Ko­war­skiej. Od­dy­chał płytko, serce mocno mu wa­liło, do tego chciało mu się si­kać. Przez chwilę za­sta­na­wiał się, co pierw­sze pęk­nie – serce czy pę­cherz.

Wrzu­cił kie­run­kow­skaz w lewo i skrę­cił w wą­ską le­śną drogę pro­wa­dzącą na kem­ping.

Po­li­cjanci po­je­chali pro­sto.

Ode­tchnął głę­boko kilka razy. Po­czuł, jak roz­koszna ulga roz­pływa się po jego ciele. Za­czął się gło­śno śmiać i wa­lić jak osza­lały w kie­row­nicę.